wtorek, 17 lutego 2015

DIY: rama na zdjęcia

 W dobie instagrama i stu klatek na sekundę wywoływanie i przechowywanie zdjęć to już trochę archaizm. Osobiście ostatnie zdjęcia wywoływałam niespełna 4 lata temu(!) od tego czasu już kilka razy tworzyłam na dysku foldery "do wywołania" przenosiłam na pendriva i na tym się kończyło. Do zakładu fotograficznego do tej pory nie dotarłam.

Postanowiłam to zmienić, ale przede wszystkim wcielić w życie mój projekt, który czekał też dobre dwa lata na realizację. Rama przeprowadzała się ze mną dwa razy i przejechała pół Polski zanim wreszcie wczoraj udało mi się ją wziąć w łapki ;))

Inspirację do wykonania mojego projektu znalazłam w internetach (oczywiście), ale moją niepowtarzalną koncepcję zmieniałam kilka razy, żeby wreszcie powstało to, co powstało.

Do wykonania ramy potrzebujemy:

1. ramy (i tu jest kilka sposobów jej pozyskania. ponieważ ja potrzebowałam czegoś na pół ściany, zdecydowałam się na wykonanie jej samodzielnie, tj. poprosiłam tatę <3. tak jest chyba najtaniej i przede wszystkim pod wymiar. poza tym ram możecie poszukać w sklepach z artykułami plastycznymi, w sieci albo na strychu)


2. zdjęć (jakichkolwiek! w niestandardowym formacie, zwykłych - prostokątnych albo kwadratów, które opanowały internety już dawno)

Moje zdjęcia zamówiłam online na stronie instafoto.pl. Strona jest bardzo przyjemna i łatwa w obsłudze - zdjęcia można pobrać bezpośrednio z własnego konta na insta i przesłać do druku. Do wyboru są pakiety na 25, 50 i 80 zdjęć. Na początku zdecydowałam się na środkową wersję, ale szybko zrozumiałam, że z ponad 750 zdjęć ciężko wybrać jedyne 50... zmieniłam opcję na 80. Z przesyłką cała przyjemność wyniosła mnie niecałe 45zł. A paczka była u mnie już kolejnego dnia (czyli jak obiecują nam na stronie, przesyłka dociera w około 24godziny)


3. sznurek (może być jutowy, ja wybrałam mulinę, żeby pasowała mi kolorystycznie, sztuk dwie)

4. gwoździe, aby ten sznurek jakoś zamocować

5. spinacze biurowe do mocowania zdjęć (pierwotnie miały to być miniklamerki, takie jak do wieszania bielizny, ale nie mogłam nigdzie odpowiednich albo odpowiednio dużo znaleźć, stąd improwizowałam z tym co było dostępne)

6. nożyczki i młotek (ale te narzędzia mam niezbyt fotogeniczne, wiec tylko je tu wspominam)


Jak wyglądały zdjęcia po tym jak do mnie przyszły to już wiecie. Cieszyłam się nimi cały wieczór. PS. i wszystkie podpisałam na odwrocie, jak to robiła mama za starych dobrych czasów.



Może zanim omówię proces widoczny na zdjęciu poniżej, wspomnę krótko o ramie: jak tylko tata mi ją zmontował złapałam za farbę i machnęłam ją na biało. Zależało mi żeby pasowała do każdego wnętrza, a naturalny kolor drewna nie zawsze się sprawdzi, ponad to miałam wtedy bardzo zaawansowaną fascynację stylem chabby chic ;)
Nie żałuję, że ramę pomalowałam, nadal bardzo mi się podoba!

Wracając do kolejnych etapów tworzenia: za pomocą linijki lub innej miarki należy odmierzyć równe odległości między gwoździami. Ja użyłam, jakże profesjonalnego sprzętu - gumki szkolnej. W ten sposób odmierzyłam 18 punktów, w których następnie umieściłam gwoździe. Wbiłam, krótko mówiąc. W tym momencie mała wskazówka: niech te gwoździe mają jak największe łebki, później łatwiej montować sznurek.


I jeśli myślicie, że najtrudniejsze za Wami, no to nie... Muszę Was rozczarować. Zabawa dopiero się zaczyna. 
Jak mówiłam, miałam kilka koncepcji mocowania sznurka: klasyczną na około 4-5 rzędów, pajęczynę (czyli wiązanie nitki między przypadkowymi punktami po przeciwnych stronach) oraz gęsto i równolegle. Jak widać zdecydowałam się na ostatnie rozwiązanie i na mojej ramie w około trzycentymetrowych odstępach zamontowałam 18 sznurków. Na początku montowałam je owijając wokół główki gwoździa, później w dół, do lewej, w dół, do prawej, w dół... Gdy tuż przed końcem, zawiązałam koniec muliny, coś gdzieś... się poluzowało i nie dało się naciągnąć. Stwierdziłam, że wolę metodą "na piechotę" montować pojedyncze sznurki niż obawiać się, że nagle coś się zerwie, gdy powieszę zdjęcia. Zawsze lepiej doczepić jeden zerwany sznureczek, niż zakładać wszystko od początku...

I tak oto powstała harfa...


Po tym, mozolnym etapie czeka nas już lekkie i przyjemne zajęcie: wieszamy zdjęcia, kompozycja dowolna, kolorystyka dowolna, tematyka dowolna... Ogólnie dowolność. A spinacze naprawdę fajnie się sprawdzają!



Koszt tej ramy to około 50-55zł.

Sama rama została wykonana z tego co miałam w domu oraz pomalowana resztkami farb, które znalazłam (jeśli swoją też zrobicie sami albo wygrzebiecie na strychu lub w piwnicy, koszt będzie zbliżony;). Gwoździe, spinacze i mulina (o ile ich też, zupełnie przypadkiem, nie macie w domu), to wydatek około 8zł. Do tego koszt wywołania zdjęć - w moim przypadku 45zł, ale wszystkich nie umieściłam w ramie. Będę sobie zmieniać wystawkę, co jakiś czas ;))


Jak Wam się podoba taki pomysł na taką prezentację zdjęć?
A może podobna ram zdobi Wasze mieszkania i pokoje? Pochwalcie się w komentarzach!


Pozdrawiam ;***

sobota, 14 lutego 2015

pielęgnacja wieczorna twarzy

W ostatnim czasie moja wieczorna pielęgnacyjna rutyna uległa całkowitej zmianie. Kiedyś do oczyszczenia twarzy wystarczyła mi woda i mydło + płyn do demakijażu oczywiście. Dzisiaj poszerzyłam ją o kilka różnych produktów, o których chciałabym Wam poopowiadać.


Oczywiście pierwszym z nich jest płyn micelarny do demakijażu BeBeauty, znany już wszystkim czytelnikom mojego bloga, bo pojawia się w każdym denku, a często zdublowany ;)) 

Demakijaż, to pierwszy i najważniejszy krok w pielęgnacji skóry twarzy. Tego nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Nie wyobrażam sobie po całym dniu i w makijażu położyć się do łóżka i "dobranoc!" - to na szczęście zdarzyło mi się kilka razy w życiu, ale nigdy więcej! Stosując produkty kolorowe na całą twarz (podkład, puder, bronzer, róż...) trzeba je usunąć przed pójściem spać. Skóra musi oddychać, a kolorówka na twarzy w tym nie pomaga.

Mój demakijaż zawsze rozpoczynam od zmiękczenia tuszu do rzęs, dzięki temu płyn micelarny radzi sobie z każdym osobnikiem wyśmienicie. I tak naprawdę, mojego płynu używam tylko do oczyszczenia okolicy oczu. A w te nieliczne dni, kiedy na twarzy mam coś ponadto, dobrze radzi sobie zarówno z podkładem, kremem koloryzującym i pudrem. Mojej twarzy ani oczu jeszcze nigdy nie podrażnił, dlatego jestem mu wierna od kilku ładnych lat.


Rewolucją w codziennej pielęgnacji było zaopatrzenie się w kosmetyki do oczyszczania twarzy. Tak zaczęłam przygodę z pianką oczyszczającą z Nivei, a później z pastą z Ziai.

Pianka, ponieważ była pierwszym tego typu produktem w mojej kosmetyczce, rozbudziła moją ogromną ciekawość. A przy pierwszym użyciu trochę (bardzo) rozczarowałam się jej wydajnością. Kilka razy nacisnęłam aplikator i pół produktu nagle "wyparowało". Pomyślałam sobie, że ledwo się poznałyśmy, a tu zaraz przyjdzie nam się żegnać... Na szczęście myliłam się srogo!

Przez to, że pianka ma megawygodny aplikator jest bardzo wydajna, produkt się nie marnuje. Na jedno mycie potrzebuję około 1,5 pompki i jest to ilość, którą spokojnie bez problemu można wydobyć z opakowania. 

Produkt stosuje minimum raz dziennie od około 2 miesięcy i jak na taki okres, jestem z niego zadowolona. Oczyszcza dobrze skórę i pozostawia ją świeżą. Pachnie odrobinę mydlanie, ale nie przeszkadza mi to.

Pianka przeznaczona jest do cery suchej i mieszanej, tę pierwszą zdecydowanie posiadam. I żałuję jedynie, że w składzie znajduję alkohol. Z tego składnika moja twarz jest zdecydowanie najmniej zadowolona.

Pastą zainteresowałam się stosunkowo później, gdy już używałam toniku z tej linii (o którym za chwilę). Zaja już jakiś czas temu wyszła z serią produktów do oczyszczania twarzy z serii "liście manuka". Ja dopiero niedawno zainteresowałam się tą linią.

W tym miejscu chciałabym oficjalnie ogłosić, że ta seria, to pierwsze zapachowe produkty z Ziai, które lubię i nie śmierdzą mi. Wręcz codziennie trzęsą mi się ręce, żeby znowu nałożyć na twarz te produkty (czego do tej pory o kosmetykach tej firmy powiedzieć nie mogłam, nie licząc bezwonnej wazeliny).

Wracając do pasty: w konsystencji jest to faktycznie gęsta maź przypominając pastę do zębów z tą różnicą, że ma w składzie drobne grudki przypominające drobnoziarnisty peeling. Używanie jej, to dla mnie sama przyjemność - delikatny masaż relaksuje i odświeża skórę twarzy. Niestety nie mogę używać tego produktu tak często jakbym chciała, ponieważ do mojego typu cery zdecydowanie nie nadaje się do stosowania codziennego, ale raz na kilka dni... Warto. Polecam raczej osobom o typie skóry mieszanej i przetłuszczającej się. 



Tonizowanie - zdecydowana nowość dla mnie. Zawsze uważałam, że to co mam zmyć z twarzy zmyję przysłowiowym mydłem, ale jednak nie. Po dwóch miesiącach używania toników widzę, że tonik to tonik i lepiej go używać, niż nie.

Swoją przygodę z tonikami zaczęłam z polecenia kosmetyczki, która określiła moją skórę jako naczynkową (wiem!) i bardzo cienką (tego nie wiedziałam). Stąd peelingi mechaniczne poszły w odstawkę, tak samo jak kosmetyki z alko.

Do codziennego oczyszczania używam toniku z Ziai, później do stosowania punktowego (rzadziej na całą twarz) kupiłam tonik Synergen. Ziai używam od dłuższego czasu i jak wspominałam wyżej, seria "liście manuka" bardzo przypadła mi do gustu. Produkt nie zawiera alkoholu, jest delikatny, ale bardzo dobrze oczyszcza twarz. Stosuje go dwa razy dziennie - rano i wieczorem. Na razie nie zamierzam go zamieniać. Jest bardzo wydajny i to już stały lokator mojej kosmetyczki. Na pewno będę próbować także innych, ale dopóki ten będzie się sprawdzał, będę do niego wracać. Zaskoczył mnie bardzo swoją wydajnością. I dzięki niemu bezgraniczną miłością pokochałam atomizery!

Do tego stopnia, że drugi z toników, jakie mam musiałam przelać do osobnej buteleczki z odpowiednim dozownikiem (ekonomia przede wszystkim). Swoją buteleczkę mam jeszcze z zestawu podróżnego kupionego kiedyś w Tesco.

Niestety tonik z Synergen jest dla mnie za mocny (przez zawartość alkoholu) do stosowania dwa razy dziennie na całą twarz. Dlatego używam go w stosunku 1:4 z tym z Ziai. Za to świetnie sprawdza się na okolicę strefy T, tam oczyszczania nigdy za wiele.

Wspomniałam o jego ekonomiczności: gdyby nie ten atomizer zastępczy byłoby słabo. Poza tym jestem z niego zadowolona, oczywiście przy rozsądnym stosowaniu.




Ostatni punkt codziennej rutyny to nawilżanie! Niezbędne przy typie skóry suchej, a nawet bardzo suchej (w moim przypadku). Kremów nawilżających używam odkąd pamiętam. Niestety jeszcze nie znalazłam swojego ideału i co raz wypróbowuję kolejne produkty.

Obecnie jestem na etapie kremu Nivea na noc dla cery suchej (rano używam jego odpowiednika na dzień), a w drastycznych przypadkach przesuszenia (co zdarza mi się zwłaszcza w okolicy czoła) pozostaje mi olejowanie.

Tym razem zacznę od oleju kokosowego. Ten słój kupiłam za jakieś 15zł na allegro i czekałam na niego z utęsknieniem. Rozczarowałam się po otwarciu, gdy się okazało, że jest to olej rafinowany, więc pozbawiony zapachu ;( szkoda, bo miałam wielką ochotę wsmarowywać go w ciało i włosy również choćby dla samego zapachu... W wielu pochlebnych opiniach niestety tej informacji nie doczytałam... Do dzisiaj zużyłam około 1/3 pojemności, czyli jakieś 180ml... większość wsmarowując w skórę twarzy. Zawsze(!) na noc. Olej nawilża intensywnie, bałam się, że będzie zapychał mi pory, na szczęście tak się nie działo. Odstawiłam go z jednego powodu - znudził mi się tłusty widok twarzy co wieczór. Chciałam zmiany.

Wtedy sięgnęłam po krem Nivea, który zdradziłam z klasycznym wydaniem. Jest to zdecydowanie jego lżejsza wersja. Doskonała odmiana po olejowaniu, niestety nie zawsze starcza, bo skóra domaga się więcej i jeszcze więcej nawilżenia. Wtedy do gry wraca olej. A gdybym miała się skusić na krem ponownie? Chyba poważnie zastanowiłabym się nad szukaniem zamiennika. To jeszcze nie jest to czego szukam.



Największy dramat mojej skóry to nawilżanie, ciągle szukam kremu-ideału. Może macie jakieś swoje sprawdzone produkty i podzielicie się ze mną odkryciami? Czekam w komentarzach ;))

Pozdrawiam ;***

piątek, 13 lutego 2015

wracam!

Historia mojego bloga, to niekończące się odejścia i powroty. Niestety czasami bywa i tak. Czuję się w obowiązku powiedzieć Wam jak było ostatnio ;))

A będzie krótko i na temat: większość mojej doby zajmowała mi praca (nadal tak jest i podobnie będzie tak do końca życia - cóż za optymistka!), a poza nią, w tak zwanym wolnym czasie, nie miałam ochoty zajmować się blogiem. Poświęcałam czas na spotkania z ludźmi, na swoje duperele i zaspokajanie widzimisiów. Na jakiś czas wygasła we mnie chęć pisania, robienia zdjęć i dzielenia się wszystkim szerzej niż na instagramie. Bo tam byłam i jestem cały czas nieustannie, więc jeśli ktoś zaglądał tam regularnie z moją osobą jest na bieżąco.

Pomimo, iż przez ostatnie dwa miesiące zupełnie(!) nie miałam ochoty na jakąkolwiek pracę (nazwijmy to) twórczą, to nieustannie myślałam o tym, żeby do Was tu wrócić. Moim wyznacznikiem i namacalnym na to dowodem jest karton z rzeczami czekającymi na post projekt denko. Wierzcie mi - karton, bo w torbie, w której przechowywałam rzeczy do tej pory, one się już dawno nie mieszczą... Zastanawiam się co z tym fantem zrobić i wiem jedno - post już na tę chwilę jest nie do ogarnięcia, szybciej byłoby nagrać na ten temat filmik, który do krótkich też by nie należał...

Do meritum: jak zapowiedziałam w tytule - wracam. Przygotowuję dla Was kilka recenzji kosmetyków, kilka postów DIY, mam nadzieję, że pojawią się także stroje dnia (o ile czas na ich sfotografowanie pozwoli) i inne takie. Jeśli macie życzenia specjalne odnośnie treści zamieszczanych na moim blogu w najbliższej przyszłości  koniecznie dajcie znać!

Zostawiam Was z kilkoma ostatnimi migawkami z insta (klikajcie i obserwujcie) ;))




PS. Przepraszam, że wspominam o tym na końcu, ale chciałbym Wam ogromnie PODZIĘKOWAĆ, za to, że byliście tu ze mną codziennie. Nowe wpisy się nie pojawiały, ale Wy dzielnie trwaliście! DZIĘKUJĘ! 


PS2. Widzimy się jutro w pierwszym (prawdziwym) poście po tej przerwie ;))

poniedziałek, 17 listopada 2014

zakupowelove (nawet te najmniejsze)

Powiem, że żyję i na dowód pokażę zakupsy - czy to dobry początek, żeby znowu wrócić, znowu po taaaaakiej przerwie? 

Wiecznie urządzam przestrzeń wokół siebie i szukam kolejnych, pasujących do mojej układanki, puzzli. Chociaż moja dzisiejsza pierwsza zdobycz, to zupełny przypadek (wybrałam się raczej na poszukiwanie prezentów gwiazdkowych... albo przynajmniej szukałam inspiracji, żeby takie niebawem stworzyć). Przy okazji sama się odrobinę uszczęśliwiłam. Tym razem szklanym słoikiem, u mnie będzie w zastosowaniu jako podręczny pojemnik na waciki. Coś czuję, że dokupię kolejne ;))

A ponadto: 


Skusiłam się wreszcie (albo innymi słowy - dotarłam wreszcie do stoiska Golden Rose) na pomadkę GR z serii velvet matte! Wszyscy już ją mieli, mam wreszcie i ja, będę też testować. Jestem niesamowicie ciekawa jak się u mnie sprawdzi. Kolor 17, cena: 9,99zł.


Pozostając w temacie GR - i jako lakieromaniaczka, przygarnęłam moje kolejne małe dziecko. Tym razem postawiłam na podstawowy biały lakier. Ten pochodzi z linii Color Expert, która jest dla mnie nowością.  Lakier miał już dzisiaj swój debiut i mogę o nim na pewno powiedzieć, że ma fajny duży pędzelek, ale z wysychaniem średnio... Dzisiaj był bazą do mojego papierowego manixa. Kolor numer 02, cena: 5,49zł.


W promocji w Rossmannie (1+1gratis) kupiłam tylko dwa produkty - mój nieśmiertelny tusz z Lovely (o którym pisałam szczegółowo tutaj) i poniższy tint tej samej firmy. Jestem ciekawa jak się sprawdzi, zwłaszcza, że jeden juz testowałam (innej marki) i tamten wcale nie był taki oh! i ah! Tusz kosztował 8,99zł, a tint o numerze 3 był za free (7,99zł).



Przy okazji zapowiem Wam post o produktach do twarzych, które ostatnio kupuję na potęgę! Testuję, macam i sprawdzam. Z tą maseczką bardzo się polubiłyśmy, a to już moje trzecie opakowanie ;)) Cena: 1,69zł.


Dowodem mojej ostatniej obsesji niech będą te kapsułki. Słyszałam o nich sporo dobrych opinii... Przetestuję i ja ;)) Cena: 6,99zł.


Jestem ciekawa, czy używałyście któregoś z powyższych kosmetyków. Jesli tak dajcie znać co onich sądzicie. Chętnie poznam Wasze opinie, zwłaszcza o kapsułkach Rival de Loop ;))

Pozdrawiam ;***

PS. Jeśli śledzicie mnie na instagramie, jesteście na bieżąco - tam jestem codziennie i publikuję posty zdecydowanie częściej.

PS2. Mam ochotę zrobić jakiś TAG, co jest teraz modne albo co mielibyście ochotę zobaczyć/poczytać? ;)

sobota, 20 września 2014

DIY: phone case

Jak wspominałam w poprzednim poście, dzisiaj przychodzę do Was z moją nową propozycją DIY. Zacznę od tego, że kolejny raz sprawdza się u mnie powiedzenie, że potrzeba matką wynalazku. W tym wypadku potrzebowałam wynalazku, jakim jest pokrowiec na telefon. 
Zwykłe silikonowe bezpłciowe "ochraniacze" dostępne we wszystkich sklepach (stacjonarnych i tych online) nie podobają mi się za grosz! Jeśli śledzicie mnie na instagramie, wiecie doskonale, że od ponad roku dzielnie towarzyszyła mi moja cudowna #Piguletta. Ochroniła mój telefon przed niejednym upadkiem, a to na dywan (niby niegroźnie), a to na beton (ups!). Natomiast wraz ze zmianą mojego genialnego urządzenia mobilnego, musiałam zmienić także obudowę. Przekopałam całe allegro, zaczęłam nawet kopać na ebay, ale nie znalazłam niczego! Na szczęście doznałam oświecenia i uznałam, że jak nie oknem to drzwiami - sama sobie zrobię mój case ;)))


Do zrobienia własnego, niepowtarzalnego casea potrzebne nam będą : nożyczki (najlepiej małe, a na pewno mniejsze niż moje), nożyk (najlepiej do papieru, ale mi się paliło, więc wzięłam jaki miałam - najostrzejszy), czysta kartka papieru (najlepiej więcej, a jeszcze lepiej w kratkę), długopis albo ołówek (wzięłam, oba - przezorny ubezpieczony) do odrysowania oraz przezroczyste etui na Wasz telefon i oczywiście telefon...


Ja swoje etui zamówiłam na allegro i kosztowało niecałe 6 złotych + przesyłka. Czekałam na nie chyba z dwa tygodnie, więc nie będę polecać sprzedawcy na allegro, szukajcie na własną odpowiedzialność pod różnymi hasłami.


Jak już etap zamawiania/kupowania etui mamy za sobą czas oczekiwania na przedmiot możemy sobie umilić szukaniem odpowiednich zdjęć, obrazków lub grafik do swojego casea. Ja zdecydowałam, że wykorzystam obrazki jakie znajdę w internecie (w końcu to niewyczerpalna studnia inspiracji). Mi doskonale przysłużyła się strona stylowi.pl. Tam wyszukałam kilkadziesiąt (!) obrazków o interesującej tematyce oraz milej dla oka kompozycji i zapisałam je na dysku. Oczywiście każdy może dowolnie komponować swoje obrazki - użyć własnych zdjęć, stworzyć własne grafiki - na tym polega wyjątkowość tego DIY - każdy może go realizować na swój własny sposób.


Skopiowane wcześniej obrazki przeniosłam do pliku word, zachowując względne proporcje, układałam po trzy zdjęcia na każdej kartce A4, zaoszczędziło mi to miejsce i pieniądze (wydane w xero). Moja metoda "na oko" doskonale się sprawdziła, ale jeśli macie cierpliwość i dokładne wymiary swojego sprzętu nie trzeba robić wszystkiego na czuja, jak ja ;))


Na takie obrazki ja się zdecydowałam, rożna tematyka, ale maja one wszystkie jakiś wspólny mianownik ;)) Jak wspomniałam wcześniej - poszłam wydrukować moje obrazki do ksero i za jedną stronę zapłaciłam 1zł (wrzućcie to w koszty) i prawie gotowe!



Jeden z ważniejszych kroków to odwzorowanie klapki Waszego telefonu. Nie powiem - nagimnastykowałam się przy tym "odrobinę. Próbowałam na wiele sposobów - najpierw na czystej kartce (ale ciągle coś było nie tak), a później na kartce w kratkę (i to było dokładnie to!). Uczyłam się na swoich błędach i nie pytajcie mnie ile się nagimnastykowałam i ile tych wzorników nawycinałam zanim stworzyłam ten jedyny, ostateczny - idealny...



Następnie odrysowałam je na każdym z wcześniej przygotowanych obrazków (zawsze rysowałam delikatnie z tyłu, żeby niczego nie zniszczyć. 

W tym momencie także mała uwaga - jeśli zdecydujecie się na jakieś zdjęcie, zwróćcie uwagę, w jakich miejscach będziecie robić wycięcia (na aparat czy głośnik w telefonie), szkoda by było, gdyby się w tym momencie okazało, że musicie wyciąć na przykład czyjąś głowę ze zdjęcia... Ja już przy wyborze obrazków kierowałam się tym kryterium, dlatego skupiałam się na tym, aby wszystko co w zdjęciu najistotniejsze działo się na dole, a na górze było jak najwięcej wolnej przestrzeni.




Wycinanie obrazków wystawiło moją cierpliwość na próbę, bo ani moje nożyczki, ani nożyk nie były stworzone do takich zadań, powoli jednak podołałam. Jak wspomniałam wcześniej - lepiej przygotować profesjonalny sprzęt ;))



Tak przedstawiają się moje nowe skórki na telefon. Mogę je zmieniać w zależnośći od humoru lub dodrukować inne kiedy tylko będę miała ochotę ;))


Co sądzicie o tym pomyśle na DIY? ;)))

Pozdrawiam ;***

wtorek, 16 września 2014

projekt denko #3 nawilżanie

Po małej, nieplanowanej przerwie - oto kolejna część denka. Dzisiaj recenzja kilku produktów do nawilżania ciała i kremów do rąk. Jeśli ten temat Was interesuje, czytajcie dalej! ;))



produkt: masło do ciała, Bielenda
zapach: wanilia i pistacja, bardzo podoba mi się ten zapach. jest megasłodki, pachnie jak budyń i smarując się tym produktem ciężko się powstrzymać, żeby go nie zjeść... na ciele utrzymuje się raczej krótko
konsystencja: typowe masło, dość gęsty i treściwy produkt
opakowanie: słoik, konsystencja tego masła nie pozwoliłaby na inne warianty opakowania
pojemność: 200ml
opis: drogi produkt, ale kupiłam go na jakiejś niewielkiej przecenie skuszona zapachem, faktycznie nie da się być na niego obojętnym, pozostawiał uczucie nawilżenia na skórze przez kilka godzin, zapach nie utrzymywał się wybitnie długo, ale po samym wsmarowaniu go w ciało miło było zasypiać otuloną wanilią
wydajność: średnio wydajny 
cena: ok. 16-18zł
czy kupię ponownie: może



produkt: krem do ciała, Balea
zapach: kokosowy, na początku wydawał się dość miły, choć lekko chemiczny, w połowie słoiczka jakoś ta chemia się ulotniła (tak mi się przynajmniej wydawało), ale gdy zbliżał się już kres słoika zapach nie był już ani trochę przyjemny
konsystencja: bardzo lejąca, rzadka
opakowanie: słoik, ale w tym wypadku jakaś tubka, ewentualnie coś z dozownikiem sprawowałoby się znacznie lepiej
pojemność: 500ml
opis: starczył mi na klika długich miesięcy, używałam go zrywami, bo zużyć takie pudło nie wymieniając zapachu z czymkolwiek innym.... - to może wyjść bokiem. ale dzięki takim zamianom z chęcią do niego wracałam. niestety nie dawał długotrwałego nawilżenia i wchłaniał się dość wolno, dając przez ten czas wrażenie mokrej skóry. zanim weszłam pod kołdrę po nakremowaniu się, musiałam czekać aż skóra wypije wszystko, inaczej krem zostanie za chwilę na pościeli
wydajność: mimo, iż przelewał się przez palce, to był bardzo wydajny, strach pomyśleć co by było, gdyby tę pojemność zostawić, ale zagęścić konsystencję....
cena: ok. 2 euro
czy kupię ponownie: jeśli będę miała możliwość wypróbuję inne smaki



produkt: masło do ciała, Farmona Tutti Frutti
zapach: liczi i rambutan, bardzo smaczny! jeden z lepszych, według mnie zapachów tej marki, owocowy i orzeźwiający
konsystencja: gęsty krem z drobinkami
opakowanie: słoik, jak zwykle w takich przypadkach - krem za paznokciami to codzienność...
pojemność: 275ml
opis: uczucie nawilżenia pozostaje na bardzo długo, utrzymuje się ono nawet do rana (jeśli nakremuję się wieczorem po kąpieli), używanie go to sama przyjemność 
wydajność: super
cena: ok. 14zł
czy kupię ponownie: pewnie tak



produkt: krem do rąk, Neutrogena
zapach: malina nordycka, zapach bardzo mi sie podoba, jest wyraźny, ale nienachalny, przyjemny
konsystencja: krem, konsystencja jest idealna, bo nie płynie między palcami ani nie jest trudnym do roztarcia glutem
opakowanie: śmieszne w dotyku, bo jakby matowe, ale bardzo wygodne. co prawda, żeby go wykończyć musiałam przeciąć opakowanie
pojemność: 75ml
opis: dobrze nawilżał skórę dłoni, szybko się wchłaniał i zapach utrzymywał się bardzo długo. to mój zdecydowany faworyt, jeśli chodzi o kremy do rąk
wydajność: bardzo wydajny
cena: ok. 13zł
czy kupię ponownie: tak



produkt: krem do rąk, Isana
zapach: oliwka, i powiem szczerze, że nie powala. gdybym miała kupic ponownie, to na pewno nie ten zapach...
konsystencja: krem, ale za bardzo płynie... nie lubię takich produktów
opakowanie: tubka - wygodna, można wykończyć cały krem dzięki temu, że sam wypływa
pojemność: 100ml
opis: taka cena, za taką pojemność - warto spróbować, zwłaszcza, gdy ręce kremujemy jakieś dziesięć razy dziennie... ja go męczyłam bardzo długo, bo choć często czuję, że moje dłonie potrzebują nawilżenia, to na szczęście nie muszę kremować ich non stop
wydajność: nieskończona
cena: 3-4zł
czy kupię ponownie: inny zapach - czemu nie



produkt: balsam do ciała, The Body Shop
zapach: truskawka, zapach jest bardzo świeży
konsystencja: kremowa galaretka - tak bym ją opisała
opakowanie: mały tester do nabycia w sklepach TBS, jako próbka balsamu - zdecydowanie za małe, bo tą ilością mogłabym sie posmarować dwa razy i dziękuję... a jesli chodzi o przeznaczenie jakie ja nadałam temu produktowi - i nadal słabo, bo plastik, z którego jest wykonany jest bardzo twardy i ciężko wydobyć z niego produkt, a zwłaszcza od momentu zużycia połowy
pojemność: 60ml
opis: cieszę się, ze mogłam wypróbować ten produkt. ma on swoje plusy i minusy. zacznę od tego, że po zaaplikowaniu na skórę zaczynał się zawsze "rozwadniać" i chwilę po użyciu nie można było niczego dotykać, bo ręce były mokre, jakby wyjęte spod strumienia wody. na szczęście ten efekt szybko znikał i krem się wchłaniał, naprawdę (!!!) szybko. i tak samo szybko wysuszał moje dłonie... zawartość alkoholu moim zdaniem jest w tym produkcie za wysoka, nie powinna być wyczuwalna po użyciu... a po drugie boję się myśleć co by się działo, gdybym posmarował nim nogi (odpukać) po goleniu... gdyby był to produkt przeznaczony do dłoni mogłabym go wybronić jeszcze argumentem, że ten alkohol, ma działać bakteriobójczo, ale niestety nie tym razem...
wydajność: zadowalająca
cena: ok. 10zł
czy kupię ponownie: nie wiem



I co Wy na to? Jest tu coś na co się skusicie albo coś co już testowałyście? Chętnie poczytam Wasze opinie ;))

Pozdrawiam ;***


PS. Kolejny post będzie dotyczył DIY. Niech cierpliwość będzie z Wami!