Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2015

STOP zaskórnikom

Do tej pory starałam się żyć z moimi zaskórnikami próbując ich nie zauważać. W nieskończoność niestety tak się nie da, dlatego podjęłam z nimi intensywną walkę na miecze. 

Dzisiaj mam dla Was krótkie recenzje trzech produktów, które w tej nierównej walce są moją tajną bronią. Oto one:


Pierwszy produkt, który wpadł mi w ręce to  plastry na nos Purederm. Oczywiście wpadłam na nie, nie gdzie indziej, jak w Biedronce. Co jakiś czas pojawiają się w sezonowej ofercie. Widziałam je już kilka razy, ale dopiero teraz zdecydowałam się na zakup. I żałuję, że nie wzięłam od razu kilku opakowań...

W pudełku znajdziemy 6 plastrów zapakowanych w osobne folie. Ta ilość spokojnie starczy na wykonanie 3-tygodniowej kuracji (2 plastry w tygodniu). 

Chciałabym napisać, że już po pierwszym użyciu widać efekty, ale nie u mnie - źle zaaplikowałam plaster na nos i dlatego jego efektywność zmalała. Na szczęście przy drugim użyciu było już zdecydowanie lepiej! 

Plasterek w swojej konsystencji przypomina kilkuwarstwową chusteczkę, nakłada się go na uprzednio obficie oblany wodą nos (czego bałam się przy pierwszym użyciu), należy go dobrze przykleić na szczycie nosa, ale również (a może zwłaszcza) na płatkach nosa. Po kilku minutach plaster drewnieje (jak przystało na drzewo sandałowe xp). Staje się bardzo sztywny, przez co trudno go usunąć, choć może powinnam powiedzieć trudno usunąć go bezboleśnie. Ja jestem typem masochistki i lubię jak mnie boli, bo wiem, że coś się dzieje, że kosmetyk działa. Ale jeśli taki ból jest dla kogoś zbyt duży, boki plastra można jeszcze raz namoczyć wodą i wtedy próbować podważać.

Podsumowując moją ocenę: na pewno kupię je ponownie (niech no się tylko w biedro pojawią). Widziałam je też na allegro, ale za mniej rozsądną cenę. Moim zdaniem warto je wypróbować, jeśli zmagacie się z zaskórnikami. Plastry naprawdę solidnie je wyczyszczą. Oczywiście, nie na tyle, że nie będzie po nich znaku, ale na pewno zmniejszy się częstotliwość ich występowania. Warto wspomnieć jeszcze słowem o zapachu, a ten plastry mają bardzo intensywny. Nie wiem czy jest to dokładnie zapach drzewa sandałowego, ale może drażnić zwłaszcza, że ma bezpośredni kontakt z nosem. Warto się jednak przemęczyć.

Dostępne były trzy wersje plastrów. Jak się okazało po zakupie, wybrałam te najsilniejsze. Co więcej, te"moje" zbierają najlepsze opinie w internecie, więc jeśli moja ocena jest dla Was niewystarczająca, znajdziecie wiele innych.



Kolejnym produktem jest maska clearskin z Avonu, która wpadał moje ręce przypadkiem, gdy szukałam kolejnego produktu z wpisu. Ogólnie maseczek, które trzeba zmywać bardzo nie lubię. Nie lubię babrać się w mazi z twarzy, wymywać wszystko z włosów itp. Mimo wszystko przełamałam się i wypróbowałam ją. 

Po pierwszym użyciu byłam zadowolona (użyłam jej tylko w okolicy strefy T), przy kolejnych użyciach już na całą twarz. I bałam się, że ta akcja wywołała u mnie realcję alergiczną. Na szczęście, jak się później okazało, to nie była ta maska.

Fajnym rozwiązaniem jest to, że maska na twarzy zasycha i zmienia kolor. Gdy w całości nasza twarz zmieni się z czarnej na szarą, to znak, że maseczkę trzeba zmyć.

 Jest to produkt bardzo mocny, pozostawia skórę głęboko oczyszczoną, z tego powodu nie mogę używać jej często na całą twarz. Ale po zmyciu produktu z buzi czuć, że skóra jest delikatniejsza, bez grudek, małych zaskórników, a pory nie są już zatkane.

Zapach? Niezbyt przyjemny kojarzy mi się z klejem do tapet. Może dość drastycznie, ale wszystko jest do zniesienia.

Dostępny w obecnej ofercie Avonu.


O tym produkcie naczytałam się w internetach tyle dobrych opinii, że po plastrach Purederm, musiałam wypróbować również plastry w żelu Avon.

Od razu zaznaczę, że to nie to samo co Purederm. Działanie na zaskórniki i zapchane pory mają zdecydowanie słabsze, ale za to zapewniają minidepilację i wyrywają większość włosków z okolicy, na której używamy żelu.

Konsystencja tego produktu jest żelowa (jak wspominałam wyżej) zastyga w około 10 do 20 minut (w zależności od grubości nałożonej warstwy, ale jej grubość nie wpływa w znaczący sposób na efektywność zabiegu). Dlatego z kolejnymi użyciami nakładałam co raz mniej produktu (ekonomia ponad wszystko). Ja aplikowałam ten produkt jak pierwsze plastry, plus czoło/okolica brwi.

Po zaschnięciu plaster przypomina żelkę. Łatwo można ją usunąć podważając brzeg i zrywając ze skóry. Może to być odrobinę bolesne, bo jak mówiłam, plaster wyrywa również włoski.

Szczerze mówiąc spodziewałam się większego efektu WOW. Ciągle jestem jeszcze w fazie testów i nie skreślam go. Zobaczymy co będzie dalej ;)

Dostępny w obecnej ofercie Avonu.


Jeśli zmagacie się z podobnymi problemami cery jestem baaardzo ciekawa czy macie swoich ulubieńców, którzy pomagają Wam pozbyć się małych terrorystów z twarzy. Koniecznie dajcie znać w komentarzach! ;))

Pozdrawiam ;***

niedziela, 8 marca 2015

DIY: cienie - reaktywacja!

Pamiętacie to zdjęcie z instagrama? Dzisiaj reaktywuję to, co mi zostało z tych cieni.


Mała masakra wygląda mniej więcej tak:


A to wszystko dlatego, że chciałam zmienić dom moim cieniom na jedną dużą kasetkę z kilku małych paletek... Miało być pięknie, wyszło jak zwykle ;(


No dobra, akcja jest prosta, ale niekoniecznie szybka. Potrzebujemy:

1. zdegradowany cień prasowany
2. spirytus
3. chusteczki, dużo chusteczek
4. coś do rozdrobnienia naszej substancji (ja znalazłam śrubokręt, może być nożyk, pilnik, co tam macie)
5. moneta


Step1.: wszystko dookoła zabezpieczyć chusteczkami, ja dla bezpieczeństwa pod chusteczkami rozłożyłam folię aluminiową, żeby mi spirytus za chwilę nie zniszczył podłoża.

Step2.: rozdrobnić cień. U mnie zostały grudki większe i mniejsze, ale to przez to, że cień był zużyty w niewielkim stopniu...


Step3.: do powstałego pyłu dodać kilka kropel spirytusu, mieszać do powstania papki. Przy okazji postarać się, żeby jak najwięcej produktu z powrotem umieścić w pojemniku(?).


Step4.: gdy papka przybierze jednolitą konsystencję, a cały cień znajdzie się w opakowaniu czas przygotować monetę do ubicia cienia. Najlepiej, żeby był to przedmiot przypominający kształtem cień, ja nie znalazłam niczego takiego, stąd moneta. Owijamy ją chusteczką, z doświadczenia wiem, że najlepiej kilkukrotnie, bo szybko chłonie spirytus.


Step5.: dociskamy/ugniatamy wszystko dokładnie. U mnie wyszło tak:


Czynność powtarzamy ze wszystkimi cieniami, które mamy w rozsypce (dosłownie i w przenośni). a następnie zostawiamy je na kilka godzin, ja na całą noc, do zaschnięcia i co najważniejsze do odparowania spirytusu...


Reaktywowałam pięć z sześciu cieni (wiedziałam, że białego nigdy nie użyję, a na pewno nie perłowego...). Po pozostałe kolory sporadycznie sięgam w codziennych makijażach, więc musiałam im wrócić życie ;))


UWAGA: z doświadczenia wiadomo, że nie wszystko za pierwszym razem się udaje. Dlatego pierwszy cień, na którym będziecie wypróbowywać te metody, niech to będzie cień, na którym Wam najmniej zależy. Lepiej nie spaprać ulubionego już na wstępie ;))

Myślę, że ta metoda obiła się już większości z was o uszy, a jeśli nie mam nadzieję, że mój przepis do czegoś Wam się przyda. Dajcie znać, jeśli macie doświadczenia z takim wskrzeszaniem cieni. Albo jeśli macie na to inne sposoby! Chętnie poczytam ;))

 Pozdrawiam ;***

wtorek, 3 marca 2015

GoldenRose velvet matte

O te szminki dostałam już dawno kilka pytań - czy je mam albo czy zamierzam testować? Od początku zamierzałam! Tylko albo nie miałam ich gdzie kupić, albo nie było czasu, żeby zajść do drogerii.

Na szczęście, w końcu moje nogi poprowadziły mnie tam, gdzie zmierzałam już dawno i tak stałam się posiadaczką pierwszej szminki Golden Rose z serii velvet matte.

Taaaak, na zdjęciu widzicie ich trzy sztuki i na pewno nie są to trzy ostatnie, jakie posiadam/posiądę!


Pierwszą szminką, jaką sobie kupiłam była ta w kolorze 17. Jest to zimna intensywna, bardzo nasycona czerwień (środkowa). Ze swatchy, które znalazłam w internecie jest najbardziej zbliżona kolorystycznie do szminki MAC Russian Red. Długo się nie zastanawiałam. Kupiłam ją i używam z przyjemnością. Kolejna sztuka na jaką się zdecydowałam, to ciemna śliwka, nr 20 (po prawej). Jako ostatnia do mojej kolekcji dołączyła żarówiastoróżowa, nr 11. 


Wszystkie kolory są przepiękne i nasycone. Uwielbiam je nosić na co dzień, do pracy i na wyjścia. Kilka słów o nich:

1. Zdecydowanie są matowe, ale nie przesuszają usta tak bardzo jak się tego spodziewałam. A moje usta mają skłonność do wysychania, ponadto pełno na nich suchych skórek, które takie pomadki lubią podkreślać. Dlatego wiedząc, że będę chciała je aplikować, muszę o usta wcześniej wyjątkowo zadbać.

2. Utrzymują się doskonale! Pod warunkiem, że są dobrze nałożone. Zdarza mi się aplikować je w dwojaki sposób: na suche/gołe/czyste usta lub po wcześniejszym użyciu czegoś nawilżającego. W pierwszym przypadku, szminki są niemal nie do zdarcia, w drugim zjadają się dość szybko i nierównomiernie.

Nałożony na czyste usta, bez poprawek kolor w stanie niemal nienaruszonym utrzymuje się około 4 godzin (w tym czasie dużo mówię, piję, jem małe przekąski). Normalny obiad (który zazwyczaj pałaszuję i nie patrzę na konsekwencje), znoszą, ale stopniowo się zjadają. Zawsze po takim posiłku muszę poprawić kolor.

3. Zauważa je każdy! Gdy maluję nimi usta dostaję mnóstwo komplementów na ich temat. Zwłaszcza, gdy noszę róż albo czerwień. Ciemne kolory mają zdecydowanie mniej zwolenników, ale też są doceniane. Nie pytajcie ilu paniom dałam namiary, gdzie można kupić te cukierki ;)

Niestety znalazłam też jedną wadę szminek: źle nałożone potrafią rozlać się poza kontur ust, co wygląda dość nieestetycznie. Dlatego trzeba się ich nauczyć. Ale warto!


Powinnam jeszcze dodać, że zdjęcia nie oddają w zupełności ich kolorów. Dużo łatwiej było mi uchwycić kolor telefonem niż aparatem.... O ironio. Próbowałam rożnych ustawień, a później różnych filtrów w programach i nic.

Róż jest w rzeczywistości dużo bardziej różowy niż na wszystkich zdjęciach, czerwień jest nieco bardziej zgaszona, a śliwka odrobinę głębsza.  Pokazuję, ile udało mi się z tego wyciągnąć.


Na powyższym zdjęciu widać wyraźnie, że nie udało mi się kolorów odpowiednio uchwycić. Czerwony wygląda na różowy i odwrotnie... Cóż. Nie zmienia to faktu jak doskonałe produkty Wam przedstawiam.

I to wszystko za około 10zł za sztukę! ;))
Warto!


Używałyście ich już?

Pozdrawiam ;***

poniedziałek, 23 lutego 2015

buble, czyli to się u mnie nie sprawdziło

Mało się u mnie takich produktów zdarza. Jeśli coś się nie sprawdza w pierwotnej wersji, wykorzystuję produkt w inny sposób. W tych przypadkach raczej się nie da... Oto cztery produkty do ust i dwa do włosów, które według mnie są prawdziwymi bublami.


Pierwsze dwie - pomadki ochronne: Zero Calorie kokosowa i pomadka Laura Conti o smaku winogrona. Obie mają jedną wielką zaletę: zapach! Jedną i drugą mogłabym wąchać bez końca, ale co z tego, skoro poza zapachem, który przynosi niesamowitą przyjemność, wyrządzają mi ogromną krzywdę...?

Obie pomadki już przy pierwszej aplikacji wywołały u mnie uczucie mrowienia. Przez chwilę pomyślałam, że to efekt mrożenia, a później pomyślałam, że to nie Carmex, a na opakowaniu producent o takiej właściwości nie wspomina. Szybko usunęłam produkt z ust. Stwierdziłam, że odczekam kilka dni i ponownie spróbuję. Niestety sytuacja się powtórzyła.

Kiedyś miałam podobne przejścia z jedną z podobnych pomadek ochronnych: zlekceważyłam pierwsze objawy i nadal używałam produktu co poskutkowało wysypką wokół ust, a następnie opuchnięciem. Przez kilka dni wyglądałam, jak po nieudanej operacji powiększenia ust. Szczerze nie polecam.

W przypadku tych specyfików już po tych kilku użyciach zauważyłam, że w okolicy ust zaczyna mi się pojawiać kaszka. Stwierdziłam, że testów wystarczy, a pomadki trafią do kosza albo będę ich używać jako sztyftów na odciski. Zobaczymy...



Kolejny kosmetyk, to spray do włosów Schwartzkopf. Produkt ma za zadanie pomóc w stylizacji włosów. Konkretnie, ma dawać na włosach efekt fal jak z serialu "Słoneczny patrol". Tymczasem u mnie daje efekt wysuszonego południowym słońcem sianka, leżącego gdzieś na środku pustyni. 

Miałam do tego produktu trzy podejścia. Wszystkie zakończyły się fiaskiem. Spray nie nadaje się do włosów suchych (jak moje), a tym bardziej do takich ze zniszczonymi i rozdwojonymi końcówkami. Zastanawiałam się, czy warto jest komukolwiek polecać ten produkt i doszłam do wniosku, że nie. Dlaczego? Bo suche i zniszczone włosy masakruje do cna, a włosy zadbane i lśniące (moim zdaniem) zniszczy i wysuszy. A nie o taki efekt nam chyba chodzi.

Sól w składzie nie służy włosom. Ojj, zdecydowanie. Ale to jedna z wielu wad. Kolejną jest wydajność. Jak wspomniałam użyłam go trzy razy i pół opakowania nie ma. Możecie mi pisać, że jestem nieekonomiczna, ale próbowałam użyć go mniej, to to już całkiem nie dawało efektu...

Tym produktem bardzo się rozczarowałam, bo myślałam, że będzie mi pomocny przy kręceniu fal i osiąganiu ładnego efektu skrętu. Niestety tak się nie stało...




Lakier do włosów z Isany to idealny przykład produktu taniego i zupełnie do bani. Nie będę o nim wiele pisać:

1. skleja włosy,
2. obciąża,
3. nie utrwala fryzury (po nałożeniu loki się prostują, czego przy żadnym innym produkcie nie zauważyłam),
4. ma lepką konsystencję - jakby woda wymieszana z cukrem.

Zupełnie nie polecam.


Dwa ostatnie produkty, to tinty do ust z Bell (nr 2) i z Lovely (nr 3). Z założenia są to farbki do ust, które mają wżerać się w usta i zabarwiać je. W moim przypadku oba produkty spełniają te kryteria. Więc w czym tkwi problem?

Niby jeden kolor, a na moich ustach po kilku chwilach pojawia się bliżej niezidentyfikowane ombre - od czerwieni, przez róż do pomarańczowych tonów. Jeszcze gdyby ten efekt jakoś sensownie na ustach się rozkładał, ale nie... W zupełnie przypadkowych miejsca kolor się jakby rozwarstwia i pozostaje tam... 

Reasumując, tinty nadają się do nałożenia i siedzenia przed lustrem. W tym czasie najlepiej nie mówić, nie uśmiechać się, tym bardziej nie jeść i nie pić. Nie mogłabym wyjść z domu po nałożeniu tego na usta. Nakładając szminki mam pewność, że kolor jest tam, gdzie do zaaplikowałam. Z tymi tintami takiej pewności nie mam. Za to wiem, że mam na ustach mały armagedon.

Żyję jeszcze małą nadzieją, że to ze mną jest coś nie tak i może to ja nie umiem ich aplikować. Tych produktów jeszcze nie skreślam, zwłaszcza po zrobionym researchu (usłyszałam opinie, że one się supersprawdzają)... Pożyjemy, jeszcze zobaczmy...



A czy w Wasze łapki wpadły, któreś z powyższych (moim zdaniem) bubli? Ciekawa jestem czy tylko u mnie nie zdały egzaminu, dzielcie się swoimi przemyśleniami! Co dodałybyście od siebie? ;))

Pozdrawiam ;***

sobota, 14 lutego 2015

pielęgnacja wieczorna twarzy

W ostatnim czasie moja wieczorna pielęgnacyjna rutyna uległa całkowitej zmianie. Kiedyś do oczyszczenia twarzy wystarczyła mi woda i mydło + płyn do demakijażu oczywiście. Dzisiaj poszerzyłam ją o kilka różnych produktów, o których chciałabym Wam poopowiadać.


Oczywiście pierwszym z nich jest płyn micelarny do demakijażu BeBeauty, znany już wszystkim czytelnikom mojego bloga, bo pojawia się w każdym denku, a często zdublowany ;)) 

Demakijaż, to pierwszy i najważniejszy krok w pielęgnacji skóry twarzy. Tego nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Nie wyobrażam sobie po całym dniu i w makijażu położyć się do łóżka i "dobranoc!" - to na szczęście zdarzyło mi się kilka razy w życiu, ale nigdy więcej! Stosując produkty kolorowe na całą twarz (podkład, puder, bronzer, róż...) trzeba je usunąć przed pójściem spać. Skóra musi oddychać, a kolorówka na twarzy w tym nie pomaga.

Mój demakijaż zawsze rozpoczynam od zmiękczenia tuszu do rzęs, dzięki temu płyn micelarny radzi sobie z każdym osobnikiem wyśmienicie. I tak naprawdę, mojego płynu używam tylko do oczyszczenia okolicy oczu. A w te nieliczne dni, kiedy na twarzy mam coś ponadto, dobrze radzi sobie zarówno z podkładem, kremem koloryzującym i pudrem. Mojej twarzy ani oczu jeszcze nigdy nie podrażnił, dlatego jestem mu wierna od kilku ładnych lat.


Rewolucją w codziennej pielęgnacji było zaopatrzenie się w kosmetyki do oczyszczania twarzy. Tak zaczęłam przygodę z pianką oczyszczającą z Nivei, a później z pastą z Ziai.

Pianka, ponieważ była pierwszym tego typu produktem w mojej kosmetyczce, rozbudziła moją ogromną ciekawość. A przy pierwszym użyciu trochę (bardzo) rozczarowałam się jej wydajnością. Kilka razy nacisnęłam aplikator i pół produktu nagle "wyparowało". Pomyślałam sobie, że ledwo się poznałyśmy, a tu zaraz przyjdzie nam się żegnać... Na szczęście myliłam się srogo!

Przez to, że pianka ma megawygodny aplikator jest bardzo wydajna, produkt się nie marnuje. Na jedno mycie potrzebuję około 1,5 pompki i jest to ilość, którą spokojnie bez problemu można wydobyć z opakowania. 

Produkt stosuje minimum raz dziennie od około 2 miesięcy i jak na taki okres, jestem z niego zadowolona. Oczyszcza dobrze skórę i pozostawia ją świeżą. Pachnie odrobinę mydlanie, ale nie przeszkadza mi to.

Pianka przeznaczona jest do cery suchej i mieszanej, tę pierwszą zdecydowanie posiadam. I żałuję jedynie, że w składzie znajduję alkohol. Z tego składnika moja twarz jest zdecydowanie najmniej zadowolona.

Pastą zainteresowałam się stosunkowo później, gdy już używałam toniku z tej linii (o którym za chwilę). Zaja już jakiś czas temu wyszła z serią produktów do oczyszczania twarzy z serii "liście manuka". Ja dopiero niedawno zainteresowałam się tą linią.

W tym miejscu chciałabym oficjalnie ogłosić, że ta seria, to pierwsze zapachowe produkty z Ziai, które lubię i nie śmierdzą mi. Wręcz codziennie trzęsą mi się ręce, żeby znowu nałożyć na twarz te produkty (czego do tej pory o kosmetykach tej firmy powiedzieć nie mogłam, nie licząc bezwonnej wazeliny).

Wracając do pasty: w konsystencji jest to faktycznie gęsta maź przypominając pastę do zębów z tą różnicą, że ma w składzie drobne grudki przypominające drobnoziarnisty peeling. Używanie jej, to dla mnie sama przyjemność - delikatny masaż relaksuje i odświeża skórę twarzy. Niestety nie mogę używać tego produktu tak często jakbym chciała, ponieważ do mojego typu cery zdecydowanie nie nadaje się do stosowania codziennego, ale raz na kilka dni... Warto. Polecam raczej osobom o typie skóry mieszanej i przetłuszczającej się. 



Tonizowanie - zdecydowana nowość dla mnie. Zawsze uważałam, że to co mam zmyć z twarzy zmyję przysłowiowym mydłem, ale jednak nie. Po dwóch miesiącach używania toników widzę, że tonik to tonik i lepiej go używać, niż nie.

Swoją przygodę z tonikami zaczęłam z polecenia kosmetyczki, która określiła moją skórę jako naczynkową (wiem!) i bardzo cienką (tego nie wiedziałam). Stąd peelingi mechaniczne poszły w odstawkę, tak samo jak kosmetyki z alko.

Do codziennego oczyszczania używam toniku z Ziai, później do stosowania punktowego (rzadziej na całą twarz) kupiłam tonik Synergen. Ziai używam od dłuższego czasu i jak wspominałam wyżej, seria "liście manuka" bardzo przypadła mi do gustu. Produkt nie zawiera alkoholu, jest delikatny, ale bardzo dobrze oczyszcza twarz. Stosuje go dwa razy dziennie - rano i wieczorem. Na razie nie zamierzam go zamieniać. Jest bardzo wydajny i to już stały lokator mojej kosmetyczki. Na pewno będę próbować także innych, ale dopóki ten będzie się sprawdzał, będę do niego wracać. Zaskoczył mnie bardzo swoją wydajnością. I dzięki niemu bezgraniczną miłością pokochałam atomizery!

Do tego stopnia, że drugi z toników, jakie mam musiałam przelać do osobnej buteleczki z odpowiednim dozownikiem (ekonomia przede wszystkim). Swoją buteleczkę mam jeszcze z zestawu podróżnego kupionego kiedyś w Tesco.

Niestety tonik z Synergen jest dla mnie za mocny (przez zawartość alkoholu) do stosowania dwa razy dziennie na całą twarz. Dlatego używam go w stosunku 1:4 z tym z Ziai. Za to świetnie sprawdza się na okolicę strefy T, tam oczyszczania nigdy za wiele.

Wspomniałam o jego ekonomiczności: gdyby nie ten atomizer zastępczy byłoby słabo. Poza tym jestem z niego zadowolona, oczywiście przy rozsądnym stosowaniu.




Ostatni punkt codziennej rutyny to nawilżanie! Niezbędne przy typie skóry suchej, a nawet bardzo suchej (w moim przypadku). Kremów nawilżających używam odkąd pamiętam. Niestety jeszcze nie znalazłam swojego ideału i co raz wypróbowuję kolejne produkty.

Obecnie jestem na etapie kremu Nivea na noc dla cery suchej (rano używam jego odpowiednika na dzień), a w drastycznych przypadkach przesuszenia (co zdarza mi się zwłaszcza w okolicy czoła) pozostaje mi olejowanie.

Tym razem zacznę od oleju kokosowego. Ten słój kupiłam za jakieś 15zł na allegro i czekałam na niego z utęsknieniem. Rozczarowałam się po otwarciu, gdy się okazało, że jest to olej rafinowany, więc pozbawiony zapachu ;( szkoda, bo miałam wielką ochotę wsmarowywać go w ciało i włosy również choćby dla samego zapachu... W wielu pochlebnych opiniach niestety tej informacji nie doczytałam... Do dzisiaj zużyłam około 1/3 pojemności, czyli jakieś 180ml... większość wsmarowując w skórę twarzy. Zawsze(!) na noc. Olej nawilża intensywnie, bałam się, że będzie zapychał mi pory, na szczęście tak się nie działo. Odstawiłam go z jednego powodu - znudził mi się tłusty widok twarzy co wieczór. Chciałam zmiany.

Wtedy sięgnęłam po krem Nivea, który zdradziłam z klasycznym wydaniem. Jest to zdecydowanie jego lżejsza wersja. Doskonała odmiana po olejowaniu, niestety nie zawsze starcza, bo skóra domaga się więcej i jeszcze więcej nawilżenia. Wtedy do gry wraca olej. A gdybym miała się skusić na krem ponownie? Chyba poważnie zastanowiłabym się nad szukaniem zamiennika. To jeszcze nie jest to czego szukam.



Największy dramat mojej skóry to nawilżanie, ciągle szukam kremu-ideału. Może macie jakieś swoje sprawdzone produkty i podzielicie się ze mną odkryciami? Czekam w komentarzach ;))

Pozdrawiam ;***

poniedziałek, 17 listopada 2014

zakupowelove (nawet te najmniejsze)

Powiem, że żyję i na dowód pokażę zakupsy - czy to dobry początek, żeby znowu wrócić, znowu po taaaaakiej przerwie? 

Wiecznie urządzam przestrzeń wokół siebie i szukam kolejnych, pasujących do mojej układanki, puzzli. Chociaż moja dzisiejsza pierwsza zdobycz, to zupełny przypadek (wybrałam się raczej na poszukiwanie prezentów gwiazdkowych... albo przynajmniej szukałam inspiracji, żeby takie niebawem stworzyć). Przy okazji sama się odrobinę uszczęśliwiłam. Tym razem szklanym słoikiem, u mnie będzie w zastosowaniu jako podręczny pojemnik na waciki. Coś czuję, że dokupię kolejne ;))

A ponadto: 


Skusiłam się wreszcie (albo innymi słowy - dotarłam wreszcie do stoiska Golden Rose) na pomadkę GR z serii velvet matte! Wszyscy już ją mieli, mam wreszcie i ja, będę też testować. Jestem niesamowicie ciekawa jak się u mnie sprawdzi. Kolor 17, cena: 9,99zł.


Pozostając w temacie GR - i jako lakieromaniaczka, przygarnęłam moje kolejne małe dziecko. Tym razem postawiłam na podstawowy biały lakier. Ten pochodzi z linii Color Expert, która jest dla mnie nowością.  Lakier miał już dzisiaj swój debiut i mogę o nim na pewno powiedzieć, że ma fajny duży pędzelek, ale z wysychaniem średnio... Dzisiaj był bazą do mojego papierowego manixa. Kolor numer 02, cena: 5,49zł.


W promocji w Rossmannie (1+1gratis) kupiłam tylko dwa produkty - mój nieśmiertelny tusz z Lovely (o którym pisałam szczegółowo tutaj) i poniższy tint tej samej firmy. Jestem ciekawa jak się sprawdzi, zwłaszcza, że jeden juz testowałam (innej marki) i tamten wcale nie był taki oh! i ah! Tusz kosztował 8,99zł, a tint o numerze 3 był za free (7,99zł).



Przy okazji zapowiem Wam post o produktach do twarzych, które ostatnio kupuję na potęgę! Testuję, macam i sprawdzam. Z tą maseczką bardzo się polubiłyśmy, a to już moje trzecie opakowanie ;)) Cena: 1,69zł.


Dowodem mojej ostatniej obsesji niech będą te kapsułki. Słyszałam o nich sporo dobrych opinii... Przetestuję i ja ;)) Cena: 6,99zł.


Jestem ciekawa, czy używałyście któregoś z powyższych kosmetyków. Jesli tak dajcie znać co onich sądzicie. Chętnie poznam Wasze opinie, zwłaszcza o kapsułkach Rival de Loop ;))

Pozdrawiam ;***

PS. Jeśli śledzicie mnie na instagramie, jesteście na bieżąco - tam jestem codziennie i publikuję posty zdecydowanie częściej.

PS2. Mam ochotę zrobić jakiś TAG, co jest teraz modne albo co mielibyście ochotę zobaczyć/poczytać? ;)

wtorek, 16 września 2014

projekt denko #3 nawilżanie

Po małej, nieplanowanej przerwie - oto kolejna część denka. Dzisiaj recenzja kilku produktów do nawilżania ciała i kremów do rąk. Jeśli ten temat Was interesuje, czytajcie dalej! ;))



produkt: masło do ciała, Bielenda
zapach: wanilia i pistacja, bardzo podoba mi się ten zapach. jest megasłodki, pachnie jak budyń i smarując się tym produktem ciężko się powstrzymać, żeby go nie zjeść... na ciele utrzymuje się raczej krótko
konsystencja: typowe masło, dość gęsty i treściwy produkt
opakowanie: słoik, konsystencja tego masła nie pozwoliłaby na inne warianty opakowania
pojemność: 200ml
opis: drogi produkt, ale kupiłam go na jakiejś niewielkiej przecenie skuszona zapachem, faktycznie nie da się być na niego obojętnym, pozostawiał uczucie nawilżenia na skórze przez kilka godzin, zapach nie utrzymywał się wybitnie długo, ale po samym wsmarowaniu go w ciało miło było zasypiać otuloną wanilią
wydajność: średnio wydajny 
cena: ok. 16-18zł
czy kupię ponownie: może



produkt: krem do ciała, Balea
zapach: kokosowy, na początku wydawał się dość miły, choć lekko chemiczny, w połowie słoiczka jakoś ta chemia się ulotniła (tak mi się przynajmniej wydawało), ale gdy zbliżał się już kres słoika zapach nie był już ani trochę przyjemny
konsystencja: bardzo lejąca, rzadka
opakowanie: słoik, ale w tym wypadku jakaś tubka, ewentualnie coś z dozownikiem sprawowałoby się znacznie lepiej
pojemność: 500ml
opis: starczył mi na klika długich miesięcy, używałam go zrywami, bo zużyć takie pudło nie wymieniając zapachu z czymkolwiek innym.... - to może wyjść bokiem. ale dzięki takim zamianom z chęcią do niego wracałam. niestety nie dawał długotrwałego nawilżenia i wchłaniał się dość wolno, dając przez ten czas wrażenie mokrej skóry. zanim weszłam pod kołdrę po nakremowaniu się, musiałam czekać aż skóra wypije wszystko, inaczej krem zostanie za chwilę na pościeli
wydajność: mimo, iż przelewał się przez palce, to był bardzo wydajny, strach pomyśleć co by było, gdyby tę pojemność zostawić, ale zagęścić konsystencję....
cena: ok. 2 euro
czy kupię ponownie: jeśli będę miała możliwość wypróbuję inne smaki



produkt: masło do ciała, Farmona Tutti Frutti
zapach: liczi i rambutan, bardzo smaczny! jeden z lepszych, według mnie zapachów tej marki, owocowy i orzeźwiający
konsystencja: gęsty krem z drobinkami
opakowanie: słoik, jak zwykle w takich przypadkach - krem za paznokciami to codzienność...
pojemność: 275ml
opis: uczucie nawilżenia pozostaje na bardzo długo, utrzymuje się ono nawet do rana (jeśli nakremuję się wieczorem po kąpieli), używanie go to sama przyjemność 
wydajność: super
cena: ok. 14zł
czy kupię ponownie: pewnie tak



produkt: krem do rąk, Neutrogena
zapach: malina nordycka, zapach bardzo mi sie podoba, jest wyraźny, ale nienachalny, przyjemny
konsystencja: krem, konsystencja jest idealna, bo nie płynie między palcami ani nie jest trudnym do roztarcia glutem
opakowanie: śmieszne w dotyku, bo jakby matowe, ale bardzo wygodne. co prawda, żeby go wykończyć musiałam przeciąć opakowanie
pojemność: 75ml
opis: dobrze nawilżał skórę dłoni, szybko się wchłaniał i zapach utrzymywał się bardzo długo. to mój zdecydowany faworyt, jeśli chodzi o kremy do rąk
wydajność: bardzo wydajny
cena: ok. 13zł
czy kupię ponownie: tak



produkt: krem do rąk, Isana
zapach: oliwka, i powiem szczerze, że nie powala. gdybym miała kupic ponownie, to na pewno nie ten zapach...
konsystencja: krem, ale za bardzo płynie... nie lubię takich produktów
opakowanie: tubka - wygodna, można wykończyć cały krem dzięki temu, że sam wypływa
pojemność: 100ml
opis: taka cena, za taką pojemność - warto spróbować, zwłaszcza, gdy ręce kremujemy jakieś dziesięć razy dziennie... ja go męczyłam bardzo długo, bo choć często czuję, że moje dłonie potrzebują nawilżenia, to na szczęście nie muszę kremować ich non stop
wydajność: nieskończona
cena: 3-4zł
czy kupię ponownie: inny zapach - czemu nie



produkt: balsam do ciała, The Body Shop
zapach: truskawka, zapach jest bardzo świeży
konsystencja: kremowa galaretka - tak bym ją opisała
opakowanie: mały tester do nabycia w sklepach TBS, jako próbka balsamu - zdecydowanie za małe, bo tą ilością mogłabym sie posmarować dwa razy i dziękuję... a jesli chodzi o przeznaczenie jakie ja nadałam temu produktowi - i nadal słabo, bo plastik, z którego jest wykonany jest bardzo twardy i ciężko wydobyć z niego produkt, a zwłaszcza od momentu zużycia połowy
pojemność: 60ml
opis: cieszę się, ze mogłam wypróbować ten produkt. ma on swoje plusy i minusy. zacznę od tego, że po zaaplikowaniu na skórę zaczynał się zawsze "rozwadniać" i chwilę po użyciu nie można było niczego dotykać, bo ręce były mokre, jakby wyjęte spod strumienia wody. na szczęście ten efekt szybko znikał i krem się wchłaniał, naprawdę (!!!) szybko. i tak samo szybko wysuszał moje dłonie... zawartość alkoholu moim zdaniem jest w tym produkcie za wysoka, nie powinna być wyczuwalna po użyciu... a po drugie boję się myśleć co by się działo, gdybym posmarował nim nogi (odpukać) po goleniu... gdyby był to produkt przeznaczony do dłoni mogłabym go wybronić jeszcze argumentem, że ten alkohol, ma działać bakteriobójczo, ale niestety nie tym razem...
wydajność: zadowalająca
cena: ok. 10zł
czy kupię ponownie: nie wiem



I co Wy na to? Jest tu coś na co się skusicie albo coś co już testowałyście? Chętnie poczytam Wasze opinie ;))

Pozdrawiam ;***


PS. Kolejny post będzie dotyczył DIY. Niech cierpliwość będzie z Wami!